Listy misjonarza 6

Home

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12 Nowy]

         Stacja Misyjna - Mingende / PNG

13 czerwca 2004

 

 

Szczęść Boże!

    Pozdrawiam z mojej stacji misyjnej!

Drodzy Przyjaciele chciałbym opisać Wam dzisiaj moją ostatnią misyjną wyprawę!

    Bombri, to jedna z moich mniejszych stacji bocznych. Na ostatnim spotkaniu katechistów ustaliliśmy moje obecne przyjście. Katechista właśnie przygotował pięć chrztów i piętnaścioro dzieci do Pierwszej Komunii Świętej. Oprócz tego jak zwykle spowiedź dla wszystkich, Msza szkolna i krótka pogawędka z moimi parafianami. Wyruszyłam jak najwcześniej ok. 6.30 godz. rano. Jest to moja jedyna stacja boczna gdzie muszę dochodzić pieszo, a raczej wspinać się pod stromą górę. Zabiera mi to jakieś 3 godziny w jedną stronę. Samochodem dojeżdżam mały kawałek, zostawiam u znajomych parafian - pilnują dzieci, które jak zwykle będą z utęsknieniem czekać na trochę słodyczy, a później zaczyna się moja wspinaczka. Takiej stromej góry nie widziałem przedtem na swoje oczy. Prawie pionowa zielona ściana! Jako jeszcze seminarzysta w Pieniężnie miałem trochę doświadczenia chodzenia po polskich Tatrach, ale ta góra wymaga naprawdę wysiłku i potu, i to już z samego rana. Z zeszłym roku kupiłem sobie porządne buty takie „traktorki”, ale nawet i one zawodzą. W przeważającej części podejście pod górę pokryte jest coś w rodzaju gliny. Jako że moja wędrówka zaczyna się wcześnie rano, więc słońce nie zdołało jeszcze wysuszyć porannej rosy. Ślizgam się więc jak na dziecko lodzie. Do podparcia mam solidny kij z drzewa kawowego, ale także i on często  nie znajduje dostatecznego oparcia na mokrej ziemi. Po drodze mijam ludzi schodzących na pobliski market by sprzedać swoje warzywa. Niektóre kobiety niosą worki ze słodkimi ziemniakami, jakieś 20 kilogramów a może i więcej. Wszyscy boso i na ogół bez  problemów na mokrej glinie. Zastanawiam się czy może kiedyś nie spróbować bez moich „traktorków”, ale z drugiej strony nie jestem pewny czy daleko bym tak doszedł. Dla pokrzepienia mojego utrudzonego ducha przepiękne widoki, które roztaczają się na pobliską dolinę. Białe chmury zakrywają jeszcze wszystko dookoła. Czasami zastanawiam się czy to może już moje droga do nieba? Czy tak to właśnie będzie wyglądać?  Na szczycie góry trochę odpoczynku, łyk zimnej wody, guma do żucia, a potem w dół do następnej doliny. Zejście nie jest już takie strome. Na dole strumień górskiej wody, który w porze deszczowej zamienia się w rwącą rzekę. Raz miałem tutaj niemiłe zdarzenie: chciałem nabrać źródlanej wody do  butelki. Podchodząc po śliskich kamieniach potknąłem się i uderzyłem głową o kamień, rwąca woda zaczęła zabierać mnie ze sobą. Dobrze, że ocknąłem się dość szybko. Od tamtej pory nie chodzę już sam, ale zbieram  ze sobą zawsze kilku chłopaków z głównej stacji w Mingende Nawet teraz, gdy pora jest jeszcze sucha wolę przez ten strumyk przejść z wielką ostrożnością. Po obmyciu twarzy  orzeźwiającą zimną wodą podchodzę pod następną górą i prosto już do Bombri. Jak zawsze parafianie witają mnie z u śmiechem na twarzach i pytają o drogę, a ja zawsze odpowiadam: „No problem!” Katechista przygotował wszystko OK! Dzieci komunijne znały spowiedź na szóstkę, co na innych stacjach nie zawsze tak bywało. Rodzice z dziećmi do chrztu czekały już od rana, szkoła podstawowa przygotowała ładną oprawę liturgiczną, a najważniejsze że sporo też ludzi przyszło na Mszę św. Zaznaczam tutaj, że w papuaskich górach ludzie nie mieszkają we wioskach, ale w chatach porozrzucanych od siebie w znacznych odległościach. Podczas Mszy św. dzieci pierwszokomunijne otrzymały: różaniec, święty obrazek i cudowny medalik Matki Bożej. Kiedy przypomnę sobie te  Komunie św. w Polsce, to nawet mi trochę nieswojo wobec tych biednych papuaskich dzieci. Po Mszy dzieci były bardzo zadowolone i powtarzały, że teraz będą przyjmować Pana Jezusa w Komunii w każdą niedzielę, bo On jest ich prawdziwym Bogiem. Szczere i jakże piękne wyznanie! Po Mszy św. i rozmowie z parafianami nadszedł czas powrotu do Mingende. Znów w dół przez strumień,  potem w górę  i znów w dół z mojej „pięknej i stromej jak ściana góry”. Ostatnim razem przy schodzeniu dopadł mnie deszcz. Zejście było naprawdę paskudne. Raz nawet zjechałem po kamieniach i moje „traktorki” na nic się tu zdały. Po dwóch dniach było już ze mną wszystko OK! Traktuję to jako ofiara na szczere nawrócenia naszych Papuasów, którego tak bardzo jeszcze potrzebują. W drodze powrotnej okazało się, że rodzina której dzieci pilnowały samochodu poszła na market, a więc jakaś godzina czekania.  Nie chciałem ich pozbawiać przyjemności zjedzenia kilku cukierków. Jak to dobrze, że z moich ostatnich wakacji w Polsce przywiozłem sobie nowy różaniec!

        Pozdrawiam serdecznie i życzę Wszystkim samego błogosławieństwa. Polecam moich parafian Waszej nieustannej modlitwie!

      Z Panem Bogiem!

      Wasz misjonarz,

      O. Wojciech Niścigorski - Werbista

 

Wspomóż misjonarza

 

Webmaster: O. Wojciech Niścigorski SVD wojtekn@dg.com.pg Tafeto P. O. Box 109 Goroka, E. H. P. 441 Papua New Guinea